WYZWANIE
Błogosławiony Jan Beyzym, zwany Apostołem Trędowatych, znany jest na Madagaskarze nie tylko przez osoby dotknięte tą straszną chorobą. Do jego grobu w Maranie często przybywają ludzie z wielu zakątków wyspy prosić go o wstawiennictwo w różnych trudnych sprawach. To miejsce coraz liczniej odwiedzają też pielgrzymi i zagraniczni turyści. Przekonałem się o tym, kiedy przed kilkoma laty zostałem kapelanem szpitala w Maranie. I cieszę się, że pamięć o tym naszym wielkim Rodaku wciąż tutaj trwa.
Kiedy w 2022 roku wezwał mnie do siebie mój ówczesny przełożony, o. Fulgence Ratsimbazafy SJ, prowincjał malgaskiej prowincji jezuitów, o czym wspominałem w jednym z artykułów w ubiegłym roku [„Misyjnym Szlakiem”, nr 30/2024, s. 16], jechałem do niego z duszą na ramieniu. Byłem przekonany, że chce mnie odwołać z funkcji kapelana w Maranie i przenieść w inne miejsce, może nawet do buszu. Tymczasem usłyszałem słowa: „Razem z abp. Fulgence’em Rabemahafalym postanowiliśmy, że w Maranie powstanie sanktuarium bł. Jana Beyzyma. Ty jesteś w Maranie już kilka lat i nieźle sobie radzisz, więc doszliśmy do wniosku, że to właśnie ty je wybudujesz”.
Była to dla mnie bardzo radosna wiadomość, bo po cichu zawsze marzyłem o tym, by Ojciec Jan doczekał się kościoła pod swoim wezwaniem. Jednak ciarki mi przeszły po plecach, bo w tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, jak trudne do wykonania będzie to zadanie. Widocznie miałem niezbyt tęgą minę, bo prowincjał dodał: „Beyzym był Polakiem, ty jesteś Polakiem. On nie miał grosza przy duszy i sam widzisz, jaki szpital dla trędowatych wybudował. Ty też potrafisz. Z Bożą i ludzką pomocą na pewno się uda. Musisz tylko wierzyć”.
DLACZEGO OJCIEC BEYZYM?
Jezuici jako pierwsi ewangelizowali mieszkańców Madagaskaru tu, na wyżynie. Niektórzy z nich przypłacili to życiem. W 2012 roku malgaska prowincja jezuitów doczekała się swojego pierwszego świętego. Został nim francuski misjonarz o. Jacques Berthieu, który w 1896 roku poniósł męczeńską śmierć za wiarę. W okrutny sposób go torturowano, zabito, a ciało wrzucono do rzeki. Kilka lat temu, właśnie w tym miejscu, gdzie się to wydarzyło, wybudowano małe sanktuarium, a także dom rekolekcyjny. Z całego kraju przybywają tam liczne pielgrzymki. Prowincja malgaska jest dumna z tego, że udało się w taki sposób uczcić pamięć tego męczennika.
Równie ważny jak o. Berthieu jest bł. Jan Beyzym. Prowincjał powiedział: „Bóg posłużył się nim, żeby właśnie tutaj, w Maranie, okazywać miłość i miłosierdzie cierpiącym, odrzuconym przez wszystkich. To przez jego posługę i jego dzieła objawiła się tutaj dobroć Boga. Dlatego nigdy nie wolno nam o nim zapomnieć. Wierzymy, że wkrótce i on dołączy do grona świętych, bo za jego wstawiennictwem dzieje się wiele cudów”. Te słowa bardzo mnie podbudowały i utwierdziły w przekonaniu, że nie tylko ja, Polak, dostrzegam wielkie zasługi i świętość naszego Rodaka.
PIERWSZE KROKI
Powiedziałem „tak” nie tylko ojcu prowincjałowi, ale przede wszystkim Ojcu Beyzymowi. Odwrotu już nie było, trzeba było działać. Najpierw szukałem miejsca odpowiedniego pod budowę. Na terenie szpitala budowa jest, niestety, niemożliwa. Po długim namyśle zdecydowałem, że sanktuarium stanie poza murami Marany (200 metrów od szpitala), tuż obok domku, w którym mieszkał Ojciec Beyzym, zanim wybudował szpital. Miejsce idealne, ale trzeba je odpowiednio przygotować.
Zaczęliśmy od wycięcia paru mało przydatnych drzew na wzgórzu (w tej części, w której stoi domek) i zasadzenia nowych w innej części wzgórza, tam, gdzie nie będą stanowić utrudnienia w budowie. Dzięki temu odsłoniliśmy teren, a także uzyskaliśmy sporo drewna, które w przyszłości posłuży do zrobienia ławek, konfesjonałów i innych kościelnych sprzętów.
By rozpocząć budowę, potrzebujemy dużej ilości kamienia. Na szczęście mamy w pobliżu granitowe skały. Przez wiele miesięcy skuwaliśmy je. Następnie te wielkie granitowe bloki rozłupywaliśmy na mniejsze kawałki, a każdy z nich został odpowiednio ociosany. Tych granitowych kostek mamy tyle, że wystarczy nie tylko na budowę amfiteatru, lecz także na fundament świątyni, posadzkę, wyłożenie placu, a może nawet na drogę dojazdową.
Po wykonaniu tych prac zabraliśmy się za niwelację terenu, ponieważ domek Ojca Beyzyma usytuowany jest na stromym zboczu. Na szczęście nie jest to zbocze skaliste, jednak wyrównanie terenu i tak wymagało wiele trudu. Trwało to kilka miesięcy, ale udało się.
JAK ZA CZASÓW OJCA BEYZYMA
Kiedy Ojciec Jan rozpoczynał budowę szpitala w Maranie, również musiał skuwać skalne zbocze. Nie było wówczas maszyn, które ułatwiłyby to zadanie, więc wszystkie prace wykonywane były ręcznie. Od tego czasu minęło ponad sto lat i – jak się okazuje – nic się nie zmieniło. Nie dlatego, że dzisiaj nie ma do tego odpowiednich urządzeń! Owszem, są i dzięki nim można by uporządkować i wyrównać teren dosłownie w kilka tygodni. Niestety, nie możemy sobie na takie udogodnienia pozwolić, bo kosztuje to krocie, a my oszczędzamy każdy grosz.
Było więc jak za czasów Ojca Beyzyma – wszystkie prace wykonywaliśmy ręcznie. Nie zatrudniłem specjalistycznej firmy. Przygotowaniem terenu pod budowę zajęli się ludzie z okolicznych miejscowości – bezrobotni, biedni, mający na utrzymaniu liczne rodziny. Chętnie zgłaszali się do tej pracy, bo mogli zarobić trochę pieniędzy, a poza tym dostawali codzienne wyżywienie. Oprócz silnych rąk mieli tylko łopaty (najczęściej te, których używają do pracy na polach ryżowych). Kupiłem kilkadziesiąt łopat i kilkanaście taczek, by było czym nie tylko kopać ziemię, ale także ją wywozić. Z podziwem patrzyłem, z jaką starannością nasi pracownicy wykonywali wszystkie prace. Wzruszyło mnie bardzo, że przy tych pracach chętnie pomagali też nasi chorzy – ci, u których choroba nie poczyniła jeszcze wielkich postępów i którzy mieli odrobinę siły. Wywozili taczkami ziemię, zbierali obcięte gałęzie drzew. „Będziemy pomagać – mówili – bo to przecież będzie kościół Ojca Beyzyma. On nas tak bardzo kochał, życie dla nas poświęcił, więc czas, by mu się choć trochę odwdzięczyć”.
I tak – ręcznie! – przerzuciliśmy ponad 30 tysięcy metrów sześciennych ziemi i plac pod budowę jest już prawie gotowy. Kosztowało to kilkakrotnie mniej, niż gdybym do tego celu zatrudnił fachowców. Owszem, aktualnie zatrudniłem ekipę profesjonalistów (z inżynierem na czele), ale oni zrobią tylko drobną „kosmetykę” terenu i fachowo dokończą dzieło.
PLANY I NADZIEJE
Zanim ruszyliśmy z przygotowaniem terenu, architekt z Fianarantsoa Stephane Aristide Adel Andriamanantsoa zaczął opracowywać projekt sanktuarium. Nie bałem się powierzyć mu tego zadania, bo ma on już na koncie projekty wielu ważnych budowli, w tym kilka kościołów w naszej diecezji. Projekt ten jest już gotowy. Świątynia będzie miała 30 metrów długości i 24 metry szerokości. Wbudowany w nią będzie domek Ojca Beyzyma, w którym w przyszłości powstanie poświęcone mu muzeum. Wejścia do kościoła będą strzegły dwie wieże wysokie na 17 metrów. Świątynia pomieści około 500 osób. Architekt Stephane zaplanował także amfiteatr z ołtarzem polowym, gdzie zmieści się ponad 3 tysiące wiernych. To ważne, bo do Marany przybywa coraz więcej pielgrzymek. W jednej z nich uczestniczyło ponad 3,5 tysiąca osób. Taki amfiteatr będzie więc doskonałym rozwiązaniem.
Nie mam jeszcze dokładnego kosztorysu, ale według wstępnych wyliczeń koszt budowy wyniesie około miliona złotych. Budowla w stanie surowym stanie – jak przewidujemy – w ciągu roku. Kolejny rok jest potrzebny na wykończenie i wyposażenie wnętrza. Przy Bożej i ludzkiej pomocy jest więc możliwe, że za dwa lata sanktuarium będzie gotowe.
Kiedy ruszy budowa sanktuarium? Planujemy, że 10 października poświęcimy plac i wmurujemy kamień węgielny pod budowę, w dzień liturgicznego wspomnienia bł. Jana Beyzyma. A szczególny to kamień, bo przywieziony z Ziemi Świętej, z Góry Błogosławieństw. Na takim kamieniu na pewno budować będzie łatwiej i pewniej. Udział w uroczystości zapowiedział już abp Tomasz Gryza, Nuncjusz Apostolski, Polak na Madagaskarze, wraz z arcybiskupem miejscowym Fulgence’em Rabemahafalym i po nowennie do bł. Jana Beyzyma zaczniemy budowę.
NASI KOCHANI RODACY
Malgasze już się cieszą na myśl o sanktuarium. Niestety, finansowo nie pomogą, bo są bardzo biedni. Tak jak kiedyś Ojciec Beyzym możemy liczyć tylko na pomoc Rodaków – tych mieszkających w Ojczyźnie i tych rozsianych po całym świecie. Choć czasy są trudne i większości niełatwo jest związać koniec z końcem, to jednak ludzie potrafią się dzielić z potrzebującymi tym, co mają. Z całego serca dziękuję więc za każdą ofiarę na ten szczytny cel, za każdy „wdowi grosz”, który na nasze dzieło zostanie przekazany. Dziękuję ofiarodawcom – tym znanym z imienia i nazwiska, a także tym anonimowym. Dziękuję Rodakom z kraju, z Ośrodka Milenijnego w Chicago oraz z Australii.
Jestem bardzo wdzięczny Krajanom z Paszyna (mojej rodzinnej parafii), którzy już dwukrotnie, podczas Orszaku Trzech Króli, kolędowali na rzecz powstającego w Maranie sanktuarium bł. Jana Beyzyma, a także za inne datki zebrane na ten cel. Dziękuję za te dary serca, a przede wszystkim za modlitwę, bo jest ona dla mnie wielkim wsparciem na co dzień.
Serdecznie dziękuję też parafianom z naszych, jezuickich parafii, szczególnie w Nowym Sączu, którzy wspierają mnie od lat w mojej misyjnej posłudze na Madagaskarze. Wielkie Bóg zapłać!
Rodacy mają wielkie serca, więc wierzę, że nie zawiodą. Potrzebuję jeszcze wsparcia z nieba. Codziennie więc sprawę budowy sanktuarium polecam Matce Najświętszej, która – jak mawiał Ojciec Beyzym – była i jest gospodynią Marany. Jemu pomagała na co dzień, więc wierzę, że i mnie będzie wspierać w realizacji tego wielkiego, ale jakże trudnego dzieła.
Do tych podziękowań dołączają się również moi podopieczni – „czarne pisklęta” z Marany, z którymi codziennie o godz. 16.00 w intencji naszych dobroczyńców odmawiam różaniec. Każdego dnia polecam ich także we Mszy św.
Niech dobry Bóg szczodrze wynagrodzi Wam za Wasze serca i hojność – tu, na ziemi, i w niebie.
O. Józef Pawłowski SJ,
kapelan szpitala w Maranie






